Wróciłam z zeszłotygodniowych wojaży, których częścią były loty do i z Monachium. Oba odbyłam oczywiście Lufthansą, gdyż ten przewoźnik oferuje najszerszą chyba siatkę połączeń do i z terytorium Niemiec.

Lot do sąsiadów na długo pozostanie mi w pamięci. Już przy check-in dowiedziałam się, że samolot ma godzinę opóźnienia. Wszystko przez fatalne warunki pogodowe i opóźniony przylot z poprzedniego rejsu. Potem robiło się coraz ciekawiej … strata slotu, wypadnięcie z kolejki do de-iceingu … w efekcie w niebo wzbiliśmy się ponad dwie godziny po planowanym czasie odlotu. W powietrzu było miło – jak zawsze :) dopóki nie przyszło do lądowania. Okazało się, że nie mamy clearance for landing z uwagi na niską widzialność – ledwo 10 metrów. I tak zrobiliśmy w holdingu nad Monachium ładnych parę kółek … a przez okno widziałam inne kręcące się światełka :)

W końcu Kapitan podał informację, że lądujemy :) I udało się, choć to, że samolot dotknął kołami ziemi, raczej poczułam, niż zobaczyłam, bo mgła była po prostu niesamowita. Dobrze, że ktoś wynalazł ILS :) i to sądząc z warunków, raczej kategorii III :)

Z tej okazji dziś Lufthansa i Airbus A321-231, reg D-AISL.