Obiecałam, że opiszę ostatnie przygody z lataniem :) Po chorobie nadal nie mogę mówić, ale pisać a i owszem :) więc:

Zaczęło się od terminala w Modlinie, który bardzo zaskoczył mnie rozmiarem. Koleżanki i koledzy definitywnie robią piękne zdjęcia – znając go tylko z tychże, nie spodziewałam się, że jest taki mały :) za to przyjęcie na nim było baaardzo ciepłe. W przenośni, bo sympatyczna obsługa, i dosłownie, bo grzanie ustawiono tak, że wszyscy pasażerowie prędzej czy później rozbierali się do rosołu. Niestety gorąca atmosfera zamieniła się w stanie na płycie w oczekiwaniu na pozwolenie wejścia do samolotu. Po co wygoniono nas na zewnątrz, zanim wysiedli pasażerowie lotu, który właśnie wylądował, nie wiem.

Po wejściu do samolotu nie spodziewałam się, że najciekawsze dopiero przede mną :) Zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa, im częściej się lata, tym większe szanse, że coś się w końcu wydarzy. Niekoniecznie poważnego, bo takie akurat zdarzenia są relatywnie rzadkie, biorąc pod uwagę ilość operacji lotniczych, ale coś odbiegającego od rutyny.

Zniżaliśmy do GDN, nad miastem piękna widzialność, ale im bliżej lotniska, tym mgliściej. I nagle to uczucie, którego nie da się pomylić z niczym innym, full throttle and go around :) Pełna moc to bezcenne uczucie, nie tylko w samolocie ;-) , ale tym razem nie zwiastowało niczego dobrego. Poszliśmy w holding, stewart oznajmił, że chwilę pokrążymy, może pogoda się poprawi. Krążyliśmy więc, aż się zaczęłam zastanawiać, ile Ryanowy benek może mieć paliwa, gdy lata na tak krótkiej trasie :)

W końcu dostaliśmy wiadomość: Gdańsk zamknięty, lecimy na zapasowe do Bydgoszczy. I tak około północy wylądowałam w tymże mieście. Potem już tylko czekanie na autobusy, jakieś dwie godziny jazdy i jesteśmy na lotnisku w Gdańsku. Linia lotnicza w razie lądowania w innym porcie z powodu pogody zapewnia bowiem transport zastępczy do lotniska docelowego. Więc nie ma wysadzania w centrum :) . Po drugiej w nocy na gdańskim lotnisku nikt kompletnie nie spodziewał się ponad setki pasażerów, więc taksówki były dosłownie dwie i rozeszły się jak świeże bułeczki. Na szczęście obyło się bez rękoczynów :) Zamówienie przez telefon też okazało się wyzwaniem, bo jak powiedział przemiły pan taksówkarz „a skąd was się tu tyle wzięło po nocy?”. Jak się okazało, na tę ilość zamówień o tej porze korporacja zwoływała posiłki aż z okolicznych miasteczek :)

Koniec końców w hotelu wylądowałam o 3 w nocy. Pierwsze spotkanie miałam zaś o 8 … Ale mogło być gorzej. Kolega lecący na to samo spotkanie z Londynu miał przekierowanie do Warszawy i całą noc spędził w autokarze.

Niedawno zaś dowiedziałam się, że wyznaczyłam nowy trend w podróżach w mojej firmie. Koledzy wracali z Londynu do Modlina i z powodu mgły …. lądowali w Bydgoszczy :) A ja, lecąc z Gdańska myślałam naiwnie, że jak w EPMO będzie mgła, to przekierują nas na Okęcie :) Dobrze, że warunki tym razem były dobre :)

Trochę a propos nostalgii za lataniem z Okęcia i z tęsknoty za słońcem, dziś LOT-owska piękność w pełnej krasie. No skrzydełka po prostu urzekają, a jak zapozuje na chmurkach …. to znów marzę o lataniu :)