Niestety w tym roku pożegnaliśmy B767, latające dotąd z większymi lub mniejszymi przygodami w barwach PLL LOT. Wiem, wiem, maszyny były stare, z wysłużonym wnętrzem i nie tylko, awaryjne, serwis drogi, ekonomia pozostawiała wiele do życzenia … ale tak naprawdę nowe cacko w rękach polskiego przewoźnika bynajmniej bezawaryjne nie jest, nie mówiąc o kosztach związanych z wynajmem maszyn zastępczych, gdy Dreamlinery kwitły uziemione na lotniskach.

A ten leciwy Boeing miał i ma coś w sobie. Zwłaszcza, jak już z daleka gwizdał na podejściu na 33 i nigdy nie miałam wątpliwości, że leci i co leci :)

Oczywiście, kwestia gustu, niektórzy będą kochać szczurzy nosek Dreamlinera albo A350 (ja w sumie też doceniam piękno podgiętych w locie skrzydeł tego pierwszego). Tak sobie jednak myślę, że chyba tkwię głęboko korzeniami w XX wieku i tak samo, jak nikt mnie nie przekona, że pseudoekologiczne pojazdy z napędem hybrydowym to prawdziwe samochody ;-) , tak trochę nafty lotniczej spali się w silnikach, zanim uwierzę, że brzęczący plastik to godny następca „dużych Benków”. Trochę z przekory ostatnie zdjęcie z setu nazwałabym więc „a teraz wam pokażę, jak się robi take-off” ;-)

Z dużą nostalgią wspominam dziś egzemplarz, który z uwagi na wyjątkową awaryjność i znaki dorobił się w trakcie służby przydomka Papa Error. Dla niektórych został jednak Księciem Edwardem, królem być jednak nie mógł, bo wiadomo, Król jest tylko jeden ;-)

15 lipca 2013, pozbawiony już swego charakterystycznego malowania, LPE odleciał do firmy leasingowej. Co najsmutniejsze, nie będzie już latał ani dla PLL LOT ani dla żadnej innej linii lotniczej, został bowiem przeznaczony do rozbiórki i tak zakończył służbę.